Archiwum kategorii ‘Sylwetki’

cze
29

DZIKIE  CENTAURY

Pisał o nich w wierszu Jarosław Marek Rymkiewicz ( w zbiorze „Metafizyka”, 1963), wybitny poeta nawiązujący w formie i treściach do epok minionych. W tym samym tomiku są wiersze zdradzające inspirację płynącą z poezji baroku, a nawet  wcześniejszej francuskiej Plejady jak świadczy „Epitafium dla Rzymu”, będące przekładem, a właściwie twórczą imitacją sonetu Joachima du Bellay, który z kolei tłumaczył utwór poety sycylijskiego Janusa Vitalisa. Wersja Rymkiewicza przewyższa oba te wzory, jest w niej tchnienie wielkiej poezji. Rymkiewicz powraca też do źródeł poezji europejskiej jak np. w wierszu o Wergilim ( w zbiorze „Anatomia”, 1970), a jest to dialog z poetą przesycony aluzjami do współczesności i można w nim ujrzeć odbicie czasów zniewolenia, kiedy pół Europy było ogromnym obozem koncentracyjnym:

I kobiet w czerni słychać mroźny lament

Nim sprzęgło wciśnie szofer karawanu

Między te wille wiatrem przełamane

Gdzie kochankowie we śnie są związani

Drutem kolczastym drutem zardzewiałym

Był to czas owych „dzikich centaurów” odprawiających swe festyny, noszących wieńce zielone lub płowe – jak pisał Rymkiewicz. A wiersz kończył pesymistyczną puentą: „I plemię ludzi, jak centaury, minie”. Paradoksalnie zapowiedź ta się sprawdziła, bo wraz z upadkiem reżimu „dzikich centaurów” ludzie – pod dyktandem nowych elit –  jakby zatracili poczucie odwiecznych wartości. Swoje fascynacje twórczością dawnych mistrzów wyłożył Rymkiewicz w eseju „Czym jest klasycyzm ?” ( 1967) Jego zdaniem „każdy poeta, każdy artysta szukający swego miejsca w czasie teraźniejszym, jest kimś w rodzaju sakrokanibala: pragnie równocześnie zerwania i utrzymania więzi. Jeśli można tak rzec, pożera przeszłość, by ją ocalić, by mogła ona stać się przyszłością” A skąd określenie sakrokanibal ?  Rymkiewicz zaczerpnął je ze szkicu słynnego antropologa Bronisława Malinowskiego „Magia, nauka i religia”, który opisuje przerażający obyczaj wśród plemion Melanezji, a polega on na pożeraniu ze wstrętem, ale i z wielką czcią, ciała zmarłego. Ten sakrokanibalizm – choć porównanie makabryczne przyznaje poeta – trafnie oddaje istotę rzeczy. Twórca przetrawia przeszłość, przenosząc ją w teraźniejszość – dotyczy to szczególnie poetów o tendencji klasycystycznej, jak w przypadku Rymkiewicza. W poezji baroku znalazł wzory refleksji nad życiem i śmiercią, które w jego wierszach nasycone są niepokojami współczesności. Jego poetyckie formy kszałtuje też przeważnie rym, niekiedy asonanse, przez stulecia pozostający wyznacznikiem poezji, oczywiście poza epoką Antyku, w której ważniejsza była rytmiczność.  Pewien bunt przeciwko tej „opresji” rymu wyraził w r.1874 Verlaine w swej „Art poetique”, a wielki poeta włoski Leopardi ( rówieśnik Mickiewicza ) już w latach 1818-1824 wydaje zbiory wspaniałych wierszy unikających rymów, zapewne pod wpływem starożytnych poetów Hellady, których studiował w młodości. Rym jednak ma się nadal dobrze w europejskiej poezji, następnym zbuntowanym będzie znów poeta włoski Ungaretii, który w okopach pierwszej wojny światowej tworzył wiersze bez rymów. W Polsce na szerszą skalę robił to dopiero Różewicz po drugiej wojnie światowej, jego sprozaizowany wywód liryczny znalazł wielu naśladowców. Drogę torowali mu jednak tacy poeci jak np. Kasprowicz z jego zbiorem poetyckiej prozy, opartej wprawdzie na francuskich wzorach Bertranda, którego uczniem był nawet Baudelaire. Natrętna niekiedy katarynkowatość rymów nuży ucho współczesnego odbiorcy, subtelniejszym rozwiązaniem są też asonanse czyli rymy niepełne, znane zresztą już średniowiecznej Europie , np. w dawnej hiszpańskiej poezji ludowej, podczas gdy Gongora czy Lope de Vega preferowali rymy. W ostatnim okresie twórczości dominacja rymów u Rymkiewicza jakby się nasiliła, co nie jest zarzutem, choć czasem oczekiwać by można bardziej wyrafinowanej ich próby, w sprzężeniu melodyjności i rytmu. A jednak duch i umiłowanie Ojczyzny przenika jego strofy w sposób przemożny, rekompensuje z nadwyżką „dyktaturę” rymów. Dotyczy to zwłaszcza przejmujących strof stworzonych po smoleńskiej tragedii dla brata Prezydenta. W takich wierszch dostrzegamy jak istotną sprawą jest los narodu, podejmowany może częściej w poezji Herberta. W dorobku Rymkiewicza ( ur. w 1935 w Warszawie ) są też eseje, sztuki sceniczne oraz liczne przekłady poezji anglosaskiej i hiszpańskiej.

Przypomnienie jego sylwetki wiąże się z filmem „Poeta pozwany” ( w reżyserii Grzegorza Brauna ), który – dzięki inicjatywie Związku Więźniów Politycznych Stanu Wojennego – obejrzeliśmy w Polskim Klubie w Ashfield ( 24 czerwca br). Film przedstawia proces wytoczony poecie przez Michnika w r.2010 za słowa prawdy skierowane do naczelnego „Gazety Wyborczej”: „…Ty i twoi ludzie jesteście spadkobiercami Róży Luksemburg i jej straszliwej idei wynarodowienia Polaków ( oraz wszystkich innych narodów), idei podjętej potem przez Komunistyczną Partię Polski.”

Przytoczone wyżej słowa są niestety prawdą, ilustruje to dobitnie profil „Gazety Wyborczej” na przestrzeni lat. Na jej łamach szkalowano nie tylko Armię Krajową, żołnierzy wyklętych, ale oskarżano nas o kolaborację z Niemcami podczas Holokaustu. Wszystkie te kalumnie miały na celu upokorzyć Polaków,sprawić by wstydzili się polskości, zmusić ich do niezasłużonej ekspiacji i uczynić z nich uległych świadków innego zniewolenia.

A diagnozę Rymkiewicza można wyrazić w innych jeszcze słowach : oto Polska jest dzisiaj ofiarą tego nowego zniewolenia w szatach „demokracji”, a dokonanego przez progeniturę funków KPP, którzy za Stalina narzucali Polsce obcą ideologię i obcą władzę. Podobnie w r.2006 widział to Jarosław Kaczyński mówiąc, że środowisko „Gazety Wyborczej” innymi metodami kontynuuje misję KPP.  A już w r.1991 włoska dziennikarka Barbara Spinelli pisała w paryskiej „Kulturze” o elicie Michnika, że „jest ona dzieckiem komunizmu, której brak odniesienia w przeszłości i która siłą rzeczy należy do albumu rodzinnego Bieruta, Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego”. Za te słowa pełne sarkazmu Spinelli nie została jednak pozwana przez Michnika…

W filmie Brauna Rymkiewicz opowiada o swym życiu, recytuje wiersze, lecz osią filmu są szokujące sceny z sali sądowej, która przypomina urząd przesłuchań. Poeta jest indagowany w złośliwy sposób, wyrok jest parodią. Publiczność reaguje żywo, a na koszulce jednej z osób widać napis: „Gdyby żył Baczyński to by dziś dzielił pryczę z Rymkiewiczem”.  W jednym z ujęć filmu poeta mówi, że jego dzieciństwo przypadło na okupację niemiecką, a młodość na okupację rosyjską. A starość ? O tym Rymkiewicz mówi już jakby nie wprost,  nazywając Michnika wrogiem wolności. Ktoś skomentował ten haniebny proces w tych słowach: „Duch zbrodniarza Stalina nad nami krąży. Ten duch trochę się przelał na salę sądową…”.  Twarze sędzin i oskarżyciela wymownie ukazują trwający od PRL-u upadek wymiaru sprawiedliwości. Film oczywiście należy do drugiego obiegu, kolportowany jest przez „Gazetę Polską”, a ciąży na nim zakaz emisji w kinach i telewizji. Poeta pozwany okazał się zwycięzcą!

Rymkiewicz przypomina w filmie historię słowa „nacjonalista”, które przyjęte z francuskiego znaczyło w wieku XIX-tym tyle co „rodak, ziomek”, a dopiero Roża Luksemburg nadała mu sens pejoratywny. Poeta ma jednak nadzieję, że wyraz „nacjonalista” odzyska swe pierwotne znaczenie. Rymkiewicz  przypomina też wiele innych spraw, jak np. to że przed rozbiorami Rzeczpospolitą rządzili właściwie ambasadorzy Rosji i Prus!  I tu nasuwa się jakaś analogia do naszych czasów…Dzikie centaury mają nowych protektorów!

Marek Baterowicz

 

maj
26

EUROPA POD LUPĄ

   Nie można podważyć wielkich zasług prof.Normana Daviesa dla popularyzacji w świecie dziejów Polski, choć  wspaniałe dzieło „God’s Playground” doczekało się pewnych zastrzeżeń ze strony historyków. Dziś  jednak zajmiemy się innym dziełem profesora, a jest nim „Europe” ( Oxford University Press, 1996), wznowionym w r.1997 z poprawkami przez Random House w Londynie oraz w filiach tego wydawnictwa w Sydney, Auckland i w Południowej Afryce. Ten opasły tom liczy 1363 strony, stanowi też ambitną próbę przedstawienia historii Europy od czasów najdawniejszych do rozpadu imperium sowieckiego. Książka zawiera liczne mapy, ilustracje, przypisy, oczywiście indeks oraz cenne „capsules” czyli 1-2 stronicowe kapsułki wiedzy na wybrane tematy. Miłą niespodzianką są tu polskie kapsułki o cmentarzu łyczakowskim i o Katyniu, a  Davies przyznaje nawet, że „The Katyn Massacres presented a major embarrassement for British policy” z racji sojuszu Anglii ze Stalinem. Kiedy jednak zajrzymy głębiej w tom, ujawniają się różne mankamenty tej publikacji. I tak, dla przykładu wojna Batorego z Iwanem Groźnym jest tu prawie białą plamą, ograniczona do krótkiego zdania,a w dodatku jakże nieścisłego : „His succesful war against Ivan the Terrible in 1578-82 brought possession of Livonia” ( str.556). W istocie Inflanty w r a c a ł y do Rzeczypospolitej po zajęciu ich przez Iwana Groźnego, który w 1577 najechał je bez wypowiedzenia wojny. O tym, że to car rozpoczął konflikt Davies w ogóle nie wspomina, natomiast nieco dalej pisze skwapliwie, że za panowania syna Iwana, cara Fiodora, „…the country was invaded by Swedes, Poles and Tartars” ( str.557). A zatem ukrywa agresję Iwana Groźnego, natomiast z nas robi notorycznych najeźdców w książce przeznaczonej dla czytelników całej planety!  Nie wspomina też Davies, że w 1576 Iwan Groźny zawarł antypolski układ z cesarzem Maksymilianem II, który zakładał rozbiór Rzeczypospolitej: Litwę miał zająć Iwan, a Polska miała się dostać pod berło Habsburga. Zgon cesarza jesienią 1576 r. układ ten na szczęście unieważnił. Wszystkie powyższe opuszczenia sugerują wyraźną prorosyjskość brytyjskiego historyka, gdy omawia on relacje pomiędzy Polską a Rosją, zaś takie stanowsko bywa określane w języku angielskim jako „biased, partial”.  A kiedy Davies wspomina wyprawę hetmana Czarneckiego przeciwko Szwedom w Danii, nazwę tego kraju zastępuje nazwą półwyspu…Jutland ( str.556), być może by się nie narazić Duńczykom  w książce dla całego świata,  iż kiedyś korzystali z naszej pomocy, zresztą na mocy wzajemnego traktatu. Pomija  tu zarazem zasięg polskich możliwości militarnych, bo wielu czytelników nie skojarzy Jutlandu z Danią, a zatem  prof. Davies kluczy w sposób wyrafinowany. Na tej samej stronie pomija też rolę Czarneckiego w kampaniach przeciwko Moskwie w latach 1660, która nękała ziemie Rzeczypospolitej.

   Od historyka tego formatu co prof. Davies można także oczekiwać skrupulatności informacji, tymczasem według niego Zygmunt Waza był Szwedem ( str.555). Europejczycy – adresaci tego dzieła – mogą zrozumieć więc, że Polska znajdowała się pod szwedzką dominacją. Davies ostentacyjnie pomija to, że matką Zygmunta była Katarzyna Jagiellonka i że ten fakt zdecydowal o elekcji, ponieważ szlachta była rozmiłowana w tradycji jagiellońskiej.  Z kolei Stefan Batory jest „Transylvanian” ( str.555) tak jakby jego tytuł księcia Siedmiogrodu decydował o pochodzeniu etnicznym.  Zaskakuje też, że uczony tej rangi co Davies czasem opacznie interpretuje fakty. Oto król Stanisław Leszczyński nazwany został jako „leader of the pro-Swedish faction” ( str.653), podczas gdy w rzeczywistości Leszczyński kierował się polską racją stanu, natomiast to Karol XII upodobał go sobie na polskim tronie, zwalczając Augusta Sasa, protegowanego przez Rosjan. Leszczyński pragnął ujrzeć na polskim tronie jednego z synów króla Jana, lecz Sasi w r.1704 internowali obu Sobieskich na trzy lata w twierdzy Koenigstein. Podczas rozmów z Karolem XII Leszczyński nadal popierał kandydaturę Sobieskich, lecz swoją osobowością wywarł na Szwedzie tak wielkie wrażenie, że ten wręcz narzucił mu koronę. Czy w tej sytuacji można nazwać Leszczyńskiego liderem szwedzkiego stronnictwa ? Był on po prostu kandydatem i faworytem władcy Szwecji. Polskie sprawy rozgrywano ponad nami, to przemożna sympatia Karola XII do wojewody poznańskiego uczyniła go królem. Na polu elekcyjnym w 1705 r. nie zabrakło szwedzkich pułków.  Leszczyński był zwolennikiem reformy Rzeczypospolitej, ale nie zdążył jej dokonać, bowiem Karol XII w cztery lata później poniósł klęskę pod Połtawą. Bitwa ta zdecydowała o losach Europy, otwierając Rosji wrota do ekspansji, a nam odebrała polskiego suwerena. August II szybko odzyskal tron z pomocą cara Piotra, gdy Leszczyńskiemu zabrakło zbrojnej opieki Karola XII.

   Prof. Davies  w „Bożym Igrzysku” trafniej ujął ten okres dziejów: „Panowanie Stanisława Leszczyńskiego, króla elekcyjnego pod protektoratem szwedzkim” ( t.I, str.622), podając jednak mylnie datę jego koronacji, rok 1704, podczas gdy dopiero 4 października 1705 namaszczono Stanisława w Warszawie.

   Niezbyt ścisle przedstawia też Davies epizod powtórnej elekcji Leszczyńskiego w r.1733 : „ Stanislaw Leszczynski, twice elected king and twice driven out by Russians, took refuge in France. Having married his daughter to Louis XV he was given the Duchy of Lorraine…” ( str.659). Po pierwsze, pechowy nasz monarcha we Francji schronił się już po pierwszej abdykacji ( pomijając pobyt w Niemczech ), a córkę wydał za Ludwika XV dużo wcześniej, bo w r.1725. I to na prośbę swego zięcia wyruszył do Warszawy, by na kilka miesięcy zostać ponownie królem Polski. Rosyjska interwencja zmusiła go do powrotu do Francji, nie było to zesłanie jak czytamy w „Bożym Igrzysku” ( str.557). A o spaleniu przez Rosjan Gdyni i Sopotu w 1734, by uniemożliwić lądowanie Francuzów, Davies nawet nie wspomina. Pomija ten fakt również w „Europie”  zapewne by europejski czytelnik nie myślał źle o „braciach Lechitów”.

   Takie przemilczenia – podobnie jak  we wzmiance o wojnie z Iwanem Groźnym – wskazują, że prof. Davies dba o reputację Rosjan naszym kosztem. I oto historyk, który posiada imponującą wiedzę o naszych dziejach, pozwala sobie na „białe plamy”, kiedy omawia relacje polsko-rosyjskie.  Ale prorosyjskość jest od dawna „angielską chorobą”, można przytoczyć wiele jej przykładów, oczywiście w osobnym felietonie. Tłumaczy ona też beztroską wycieczkę Daviesa z Tuskiem 7 kwietnia 2010, by w Smoleńsku spotkać się z carem Putinem. A już wtedy można było dostrzec, że w obu państwach trwa kurs na reanimację „systemu” ze szkodą dla demokracji i że Platforma jest nie dla obywateli, lecz dla oligarchów. Niestety, wystarczy przymknąć oczy na te sprawy, na korupcję czy na „katastrofę” i na skandaliczne „śledztwo” , a można wtedy zostać nawet doradcą premiera, który rozdaje smoleńskie srebrniki.

   Czyżby prof.Davies należał do owej sekty ślepców, która – zdaniem argentyńskiego pisarza Ernesto Sabato – rządzi światem ?

   Nie da się w jednym felietonie obejrzeć pod lupą opasłego tomu „Europy”, nawet w kontekście wzmianek o Polsce. A na przykład wojna polsko-bolszewicka z lat 1919/20 w ujęciu Daviesa prosi  o glosę w innym terminie, najlepiej z okazji z sierpniowej rocznicy zwycięstwa pod Warszawą. Cenię wysoko olbrzymią wiedzę prof.Daviesa i jego dążenie do obiektywności, jednak nie można przejść obojętnie obok pewnych jego manipulacji czy nieoczekiwanych zatuszowań historycznej prawdy. A szczególnie robi się  smutno, kiedy polskie dzieje traktuje po macoszemu właśnie w takim dziele ( skądinąd imponującym ) jak „Europe”, bo przeznaczonym dla odbiorców rozsianych po całym świecie.

Marek Baterowicz

maj
25

W miesięczniku „Magazyn Szachista” (maj 2012) w swoich wspomnieniach Andrzej Filipowicz przypomniał sylwetkę warszawskiego szachisty Emanuela Sztejna.

Emanuela Sztejna poznałem bliżej w czasie olimpiady na Malcie w 1980 roku. Znaliśmy się oczywiście wcześniej z różnych imprez szachowych na terenie kraju. Ale dopiero spotkanie na Malcie przybliżyło mi postać Emanuela, który okazał się człowiekiem o niezwykłej kulturze.

Emanuel dał mi swój adres i zaproponował wymianę listów. Korespondencję kontynuowaliśmy po moim osiedleniu się w Niemczech.  Wysyłałem mu też moje książki wydane w Niemczech i w USA.  Emanuel rewanżował się literaturą historyczną w języku polskim wydaną w USA.

Bywał często w Berlinie. Kilka razy umawialiśmy się na spotkanie, ale jakoś ciągle coś w ostatniej chwili stanęło na przeszkodzie. Byliśmy jednak w stałym kontakcie telefonicznym. Emanuel w pewnym  momencie zaproponował mi wspólne napisanie książki o polskich szachistach żydowskiego pochodzenia. Miał już wydawcę, który był zainteresowany tym tematem. Zgodziłem się i w ciągu kilku miesięcy miałem gotową moją część. Niestety nie doszło do realizacji planu, ponieważ Emanuel zachorował.

W 1999 roku spędzałem z żoną urlop w USA. Wcześniej umówiliśmy się, że go odwiedzę w Orange, gdzie mieszkał. Zgodnie z ustaleniami zadzwoniłem do niego w celu uzgodnienia terminu przyjazdu. W słuchawce usłyszałem słaby głos Emanuela: „Nie czuję się najlepiej. Odłóżmy spotkanie na później” – zaproponował. Była to nasza ostatnia rozmowa.  Emanuel wkrótce zmarł. Miał raka.

Wspomnienia

maj
01

W I finale drużynowych mistrzostw Europy w grze korespondencyjnej (1973-1983) w meczu przeciwko Związkowi Radzieckiemu moim przeciwnikiem był mistrz międzynarodowy  Vladas Mikenas z Wilna. Była to postać bardzo znana w środowisku szachowym, gdyż był on w tym czasie jednym z nielicznych szachistów na świecie, który grał w przeszłości z takimi sławami jak Alechin, Capablanca, Rubinstein i  Tartakower.

Nasza partia była bardzo ciekawa pod względem teoretycznym i zakończyła się ostatecznie zwycięstwem seniora. W trakcie jej trwania nawiązaliśmy bardzo serdeczny kontakt. Korespondencja toczyła się po rosyjsku, choć wiedziałem, że Mikenas świetnie zna język polski. Poznałem go wcześniej osobiście w 1972 roku na turnieju im.PKWN w Lublinie i wtedy rozmawialiśmy po naszemu. Zresztą później (chyba w 1980 roku) spotkaliśmy się na pewnej imprezie szachowej w Warszawie i mogłem się przekonać, że Mikenas nie zapomniał naszej mowy.

Po moim wyjeździe do Niemiec nasz kontakt się nie urwał. Dalej prowadziliśmy korespondencję, aż do jego śmierci w 1992 roku.

Vladas Mikenas był znanym teoretykiem i autorem wielu znakomitych idei debiutowych. Na temat systemu Flohr-Mikenas w partii angielskiej po posunięciach 1.c4 Sf6 2.Sc3 e6 3.e4 napisałem dwie książki: Flohr-Mikenas System (USA 1987) i Flohr Mikenas (Włochy 1994).

Po zakończeniu kariery zawodniczej Mikenas poświęcił się pracy trenerskiej i publicystycznej oraz grał aktywnie korespondencyjnie. Był uznanym arbitrem szachowym. W 1984 roku w Wilnie sędziował finał meczu kandydatów Kasparow-Smysłow.

 

 Szachy od A do Z, tom 1 (Władysław Litmanowicz i Jerzy Giżycki, Warszawa 1986) 

Nasza partia była opublikowana w księdze turniejowej (1983)

 Zdjęcie pochodzi z meczu Kasparow-Smysłow z dedykacją Vladasa Mikenasa na jego odwrocie

kw.
28

Z Andrzejem Szyszko-Bohuszem toczyłem w czasach krakowskich zacięte boje przy szachownicy. Profesor jest znany ze swojego aktywnego i niezwykle ryzykownego stylu gry. Dlatego każda partia była bardzo umocjonująca i wymagała ode mnie maksimum koncentracji. Każda chwila nieuwagi mogła zakończyć się nieszczęściem.

Ciekawe, że Andrzej Szyszko-Bohusz tylko w szachach był taki agresywny. W życiu codziennym jest to bardzo spokojna i o niezwykłej kulturze osoba. Miałem okazję wiele razy rozmawiać z Profesorem na różnych imprezach szachowych. Były to ciekawe dyskusje, które wzbogacały moją ogólną wiedzę o pedagogice i problemach wychowawczych we współczesnych szachach. Później było to bardzo przydatne w mojej pracy trenerskiej i nawet publicystycznej.

Polecam Państwu lekturę świetnego artykułu Profesora o etyce w sporcie szachowym, który został opublikowany w miesięczniku „Szachista” (kwiecień 2002).

Artykuł ten znalazłem w moich notatkach. Niestety nie znam źródła jego publikacji.

kw.
25

Ostatnio przeglądając moje archiwum natknąlem się na następującą kartkę:

Nadarzyła się więc okazja przypomnienia sylwetki jej autora. Czesława Dutkę poznałem na mistrzostwach Polski Juniorów w Polanicy Zdroju w 1965 roku. Po wielu latach spotkaliśmy się znowu w Polanicy w trakcie Memoriału Rubinsteina. Ja byłem w tym czasie trenerem kadry i z racji mojej funkcji obserwowałem zmagania w turnieju, natomiast Czeslaw Dutka był dyrektorem festiwalu.

 Czesław Dutka obserwuje partię Radosława Wojtaszka

Adam Lizakowski

Gra w szachy

prof. Czesławowi Dutce na 70. urodziny

Gra w szachy – teatr z figurami bez muzyki,
walki aktorów na słowa, gesty, miny
przypominają walkę atletów,
pionki odchodzą bez słowa skargi,
senatorowie i szlachta bez intryg,
królowa i król bez szemrania
patrzą na czarno-białe pola walki,
serce z bólu nie boleje,
zwycięstwo to uszanowanie wroga,
pionek z boku szachownicy wygląda jak młody
spiskowiec albo młody kochanek
jeszcze niedoświadczony, ale marzący
o radościach i rozkoszy Erosa.
Wychodzisz na zewnątrz łyknąć świeżego powietrza
/gra w szachy to także duszne powietrze
zagęszczenie figur i myśli/
w ręku tomik wierszy
kogoś, kto dawno temu umarł,
chcesz na ławce w ogrodzie
poznać myśli umarłego poety,
jego słowa i chwile natchnienia
niepewny, czy cierpienie i samotność
mogą wywołać zachwyt i olśnienie,
czytasz – jesteś sam, za plecami słychać
oddech góry, szemranie drzew, śpiew ptaków,
życie napełnione dźwiękiem,
a przed oczami słowa wiersza niczym pionki
na szachownicy poruszają się powoli,
ale zdecydowanie, tego, co się powiedziało,
zrobiło, nie da się odwołać,
pomiędzy jednym a drugim wersem wiersza,
pomiędzy jednym a drugim ruchem na szachownicy
toczy się walka, wyrasta las nie do przebycia,
zamykasz książkę – cisza,
patrzysz na drzewa, czyż nie przypominają
w tej chwili starców wygrzewających
się w promieniach słońca,
słychać jak wiatr namawia liście do czegoś,
czego nawet nie możemy się domyśleć,
ale ty wiesz, że wiatr to pośpiech,
a pośpiech to nic dobrego – on tylko prowadzi
do zagłady lub rewolucji,
od strony ulicy słychać śmiech dzieci,
ani gra w szachy, ani poezja,
teraz o tym nie myślisz,
śmiech dzieci – żyjemy tak krotko i lekkomyślnie,
krew w nas śpiewa czułą pieśń,
słońce, powietrze, niebo, śmiech,
poezja, szachy, góry, drzewa,
studenci, krzątanina zwana życiem…
siedzisz w milczeniu, ono stało się
twoim kosmosem,
jest jeszcze wyobraźnia, ona popycha
ku sztuce, temu, co się kocha.

Chicago, luty 3/ 2006

kw.
24

Henryka Petryka poznałem w czasie meczu ligi wojewódzkiej Caissa Bydgoszcz-Goplania Inowrocław, który został rozegrany w Bydgoszczy 15 maja 1965 roku. Graliśmy przeciwko sobie na  szachownicy juniora. Po ciężkiej walce wygrałem, ale zwycięstwo nie przyszło łatwo. Zorientowałem się, że mój przeciwnik ma talent.

Później na wiele lat straciłem go z oczu. Heniek wyjechał do Warszawy, gdzie skończył studia i potem znalazł pracę w Polskiej Akademii Nauk. Spotykaliśmy się na różnych drużynowych imprezach.

W 1979 roku opuściłem KKSz Kutnik Kraków i zostałem członkiem Hutnika Warszawa. Heniek bronił barwy tego klubu już od dawna. Zostaliśmy więc kolegami klubowymi. Debiutowałem w rozgrywkach I ligi w Lublinie, które odbyły się w czasie 10-20 listopada.

Grałem na zmianę na I i II szachownicy i zrobiłem niezły wynik 6.5 z 11 partii. Heniek grał na czwartej uzyskał rewelacyjny rezultat 10.5 z 11 partii.

Nasz zespół zajął wysokie 3 miejsce. Niespodziewanie moja była drużyna uplasowała się na 4 pozycji. Było to najlepsze miejsce szachistów krakowskich w I lidze od 20 lat. Przez to stałem się obiektem żartów kolegów: „Konikowski wzmocnił oba Hutniki, ponieważ obie drużyny w całej swojej historii zajęły najwyższe miejsca w I lidze”. W następnym roku na lidze w Jaszowcu (4-14 października 1980) drużyna krakowska zajęła ostatnie miejsce i spadła do niższej klasy. My zajęliśmy 6 miejsce.

Z Heńkiem spotykałem się wiele razy w Dortmundzie. Jako zdolny naukowiec otrzymał stypendium z uniwersytetu w Dortmundzie. Bywał więc tutaj wiele razy. Spotykaliśmy się wtedy u mnie i graliśmy mecze w grze błyskawicznej. Był zawsze równorzędnym  partnerem.

 

PAN
Międzynarodowe Olimpiady Matematyczne

FIDE
Partia Petryk-Kostyra
Partia Petryk-J.Adamski
Partie Henryka Petryka
Partie Henryka Petryka

 

 

 

 

 

mar
27

Przed dwoma dniami otrzymałem od Marka Skrzypczaka fotografie z XXII Mistrzostw Zelowa. Przy ich przeglądaniu natrafiłem na zawodniczkę, której twarz wydała mi się znajoma. W pierwszym momencie nie mogłem sobie skojarzyć, skąd znam tę osobę?

Po kilku minutach wykrzyknąłem: „Przecież to jest Grażyna”! Natychmiast sprawdzilem w Internecie, czy w tej imprezie startowała właśnie ta osoba, o której myślałem. „Tak, to ona”! Już nie miałem wątpliwości, że na zdjęciu widzę Grażynę Szmacińską, kiedyś czołową szachistkę Polski. Ostatni raz widzieliśmy się przeszło 30 lat temu. Oboje wizualnie od tego czasu mocno się zmieniliśmy. Przypuszczam, że gdyby Grażyna mnie teraz zobaczyła, to też by mnie nie poznała. Takie jest życie!

Grażynę Szmacińską poznałem na mistrzostwach Polski juniorek w Wiśle w sierpniu 1970 roku. Byłem tam trenerem Hani Jagodzińskiej. Grażyna wywalczyła pierwsze miejsce. Drugą była Sylwia Grzegorzek, moja przyszła żona. Grażyna związała potem na wiele lat swe życie z królewską grą, natomiast Sylwia grała sporadycznie w rozgrywkach drużynowych. Po urodzeniu córki Agaty praktycznie przestała zajmować się szachami.

Grażynę spotykałem bardzo często na różnych turniejach. Częściej w latach 1978-1981, kiedy byłem trenerem kadry Polskiego Związku Szachowego. Grażyna była w drużynie, która na olimpiadzie szachowej na Malcie w 1980 roku – pod moim kierownictwem – zdobyła brązowy medal.

Na wycieczce w czasie zgrupowania kadry kobiet i juniorek w Zakopanem (15-30 czerwca 1979 roku). Od lewej strony: Szmacińska, Pinkas (trener), Konikowski (trener). Drugi rząd: H.Jagodzińska, Sosnowska, Brustman. Trzeci rząd: Maziarka, Grabczyńska i Czajka (kierownik zgrupowania).

mar
02

ANIOŁ FORTEPIANU

26 lutego 2012 w Klubie Polskim w Ashfield – z okazji 202 rocznicy urodzin Chopina –  odbył się koncert Jego muzyki w wykonaniu Wojciecha Wiśniewskiego – znanego już Polonii pianisty – oraz rewelacyjnej zaledwie 14-letniej Oliwii Urbaniak, która okazała się aniołem fortepianu. W części pierwszej wystąpił pan Wojciech Wiśniewski rozpoczynając swój recital scherzem E- dur op.54, czwartym z kolei, a jakże różnym w nastroju od poprzednich, nasyconych mocniej romantycznym „Sturm und Drang”. Scherzo E–dur, komponowane w r.1842 w Nohant, cechuje raczej pogodna aura, niekiedy bliska leśnym szeptom. Pianista z powodzeniem sprostał wyzwaniom utworu , jednak nie był tej niedzieli w najlepszej dyspozycji, co zaważyło na pewnych usterkach w interpretacji Ballady f-moll op.52, a niekiedy prosiło się bardziej wyczuwalne legato, a niekiedy rubato. A w finale zabrakło jakby oddechu i pełnej swobody dźwięków. Ostatnia z ballad Chopina wyraża jego geniusz w bogactwach harmonii, także w kontraście tematów, z których pierwszy jest echem tematu etiudy f-moll z r.1839. Pan Wiśniewski zakończył swój występ błyskotliwą interpretacją Andante spianato i Grande Polonaise Brillante op.22. Znany z wielu zagranicznych tournees (np. w Niemczech, 2009-2010) Wojciech Wiśniewski (ur. w 1981 w Polsce) – po PWSM w Poznaniu i Akademii Muzyki im.F.Chopina –  osiadł w Australii, gdzie obecnie studiuje u prof. Natalii Sheludiukovej w Australian Institute of Music.

W części drugiej koncertu grała 14-letnia Oliwia Urbaniak, zaskakując dojrzałą interpretacją muzyki Chopina, piękną barwą dźwięków, wyważonych subtelnie albo dla kontrastu wydobytych fortissimo, zawsze we właściwych proporcjach. Słuchając tak młodej pianistki zrozumiałem w pełni jej własne słowa: „Wybrała mnie muzyka”. Trafność tego spostrzeżenia u 14-letniej panny jest naprawdę uderzająca. Muzyka wybrała właściwą osobę, urodzoną artytkę, która swoją już wielką pianistyczną sztukę pogłębia na prywatnych lekcjach u prof. Aleksieja Yemtsova, ukraińskiego pochodzenia. Oliwia zagrała mazurka f-moll op.59 nr. 3, druga balladę F-dur op.38 (cenił ją wysoko Schumann), nokturn nr 2 z op.27, który świetnie ilustruje jak daleko Chopin rozwinął formę nokturnów tworzonych przez Fielda. Oliwia zagrała też z bajeczną dezynwolturą etiudę nr. 5 op.10, a swój występ zakończyła Scherzem nr 2 z op.31, w którym liryczną ekstazę wzmacniają ekspresywne motywy jak ów słynny motyw z intermezzo. Tylko Chopin znał sekret tak przejmujących melodii, a nieraz były to jakby „ułamki” melodii. Należy podkreślić, że młoda pianistka wykonała pewne fragmenty Scherza w sposób zupełnie nowy, bardzo personalny, a może próbując odgadnąć prawdziwe intencje Chopina? I wtedy zadałem sobie to dziwne pytanie: a może w duszy Oliwii reinkarnują muzyczne geny Fryderyka?

14-letnia Oliwia podbiła całkowicie audytorium, o czym przekonały nas entuzjastyczne komentarze po koncercie. To ona – wbrew wszelkim oczekiwaniom – została Aniołem fortepianu niedzielnego koncertu. A to wróży jak najlepiej jej artystycznej karierze.

Marek Baterowicz