W pierwszej rundzie ligi francuskiej nasz najlepszy arcymistrz Radosław Wojtaszek niespodziewanie poniósł porażkę.
Francuska Federacja Szachowa: tutaj można oglądać wyniki i partie na żywo
W pierwszej rundzie ligi francuskiej nasz najlepszy arcymistrz Radosław Wojtaszek niespodziewanie poniósł porażkę.
Francuska Federacja Szachowa: tutaj można oglądać wyniki i partie na żywo
Nigdy nie przepuszczałem, że gdy w 1999 roku zaproponowałem unowocześnienie Akademii Młodzieżowej i pewne zmiany szkoleniowe w jej ramach, spotka się to z negatywnym odbiorem. Są bowiem ludzie w Polsce, którzy ciągle twierdzą, że to był błędny pomysł i ja miałem złe zamiary. Natomiast pozytywnie ocenia się dalej tych, którzy tę koncepcję wtedy zablokowali i uniemożliwili jej prawidłowe wprowadzenie w życie.
Straciły na tym tylko nasze szachy! Obecnie na całym świecie stosuje się powszechne szkolenia w różnych dziedzinach w takiej formie, jaką ja zaproponowałem polskiej młodzieży już 12 lat temu. Jestem Polakiem. A to, że mieszkam od 1981 roku w Niemczech nie zmienia moich pozytywnych emocji w odniesieniu do polskich szachów. Pasjonuję się ich rozwojem i proponuję pewne idee. Od wielu lat marzą mi się wielkie sukcesy, tak jak to było kiedyś w czasach Rubinsteina, Tartakowera, Najdorfa itd. Ale w Polsce są jednak ludzie, którym prawdopodobnie nie zależy na wielkich wynikach i hamują wszelkie próby zmian prowadzących do unowocześnienia metod treningowych polskiej młodzieży. Skutki są tego widoczne. W ostatnich dziesięciu latach pojawił się tylko jeden talent, reszta ginie w tłumie.
Według mnie bardzo niepokojącym zjawiskiem w Polsce jest to, że krytykowaniem zajęli się czołowi zawodnicy. Zamiast intensywnie trenować, grać w silnych turniejach, poprawiać swój ranking i tym samym własny wizerunek w szachach światowych, tracą cenny czas na „politykowanie“. Ma się wrażenie, że boją się oni dynamicznego rozwoju szachów młodzieżowych, aby tym samym utrudnić powstanie potencjalnej konkurencji i zapewnić sobie – bez większych wysiłków – rozkoszne życie zawodowego szachisty na długie lata,
Kiedyś mentorem polskich szachów był arcymistrz Bartłomiej Macieja. W pamiętnej dyskusji na forum Polskiego Związku Szachowego w 2003 roku pt. „Akademia szachowa – unowocześniać czy nie?” ostrzegałem go, że wielogodzinne dyskusje nie wpłyną dodatnio na jego rozwój szachowy. Zasugerowałem mu ograniczenie do minimum tych nic nie dających, z punktu widzenia szkoleniowego, polemik. Tę radę powtórzyłem w jakimś numerze miesięcznika „Magazyn Szachista“. Ale ten utalentowany zawodnik, z fantastycznymi warunkami dalszego sportowego rozwoju, nie posłuchał dobrych rad doświadczonego trenera. Teraz widzimy skutki tej młodzieńczej nierozwagi. Bartłomiej Macieja przestał się liczyć w szachach światowych. Także jego pozycja i autorytet w szachach krajowych spadł.
Jego rolę przejął teraz aktualny mistrz Polski i może się powtórzyć historia. Dlatego w moim tekście z dnia 24 maja 2011 zwróciłem uwagę na to, że szachista zawodowy powinien trenować 10 godzin dziennie. A na pewno nie robi tego Mateusz Bartel. Tymczasem wszyscy fani oczekują jego startów w silnych turniejach, pięknych partii i wspaniałych wyników!
Tutaj znajdziecie Państwo tekst Mateusza Bartla
cdn.
Działacze PiS – co podkreślają – nie mają nic przeciwko samej dyscyplinie sportu. Ich interwencja, o której poinformowało wczoraj „Życie Warszawy”, dotyczy lokalu, który dzielnica wynajęła szachistom poza konkursem przed wyborami samorządowymi w październiku 2010 r. W PiS przyznają, że wtedy się nie zorientowali.
W maju Związek porzucił swój dawny adres przy ul. Czerniakowskiej i wprowadził się do większej (244,7 m kw.) i tańszej siedziby przy Al. Jerozolimskich 49. Jak napisali na swojej stronie internetowej gracze – to powrót do przedwojennej tradycji, gdy szachiści rezydowali w centrum Warszawy, „będąc tętniącym sercem życia szachowego w kraju”.
Inaczej widzi sprawę PiS. Jak twierdzi Paweł Puławski, jeden z autorów wniosku, wynajęcie Al. Jerozolimskich odbyło się wbrew obowiązującym w mieście przepisom. – To lokal na parterze, z wejściem od ulicy. Takich lokalizacji nie wolno wynajmować poza konkursem i komercyjnymi stawkami – mówi. – Tymczasem szachiści, jak inne organizacje działające non-profit, z tej procedury są zwolnieni. Cena za m kw. [ok. 14 zł/m kw.] jest znacznie niższa od rynkowej. To w naszej ocenie było działanie na szkodę dzielnicy.
Radny dodaje, że sprawy by nie było, gdyby Wojciech Bartelski umieścił szachistów w jakieś śródmiejskiej oficynie na piętrze. – Przecież organizacja o tym charakterze nie wymaga reprezentacyjnej siedziby od frontu – zauważa.
Nie kryje też, że dodatkową czujność w szeregach PiS wzmogło hobby Wojciecha Bartelskiego, którego Związek nazywa „mecenasem szachów”.
– Nigdy nie robił tajemnicy z tego, że szachy są u niego na pierwszym planie i ma do nich serce. Nic dziwnego, to królewska gra – komentuje radny SLD Marcin Rzońca, były wiceburmistrz dzielnicy.
To właśnie Rzońca był pierwszym działaczem Sojuszu, który zaczął tropić sprawę wynajęcia i remontu w Al. Jerozolimskich. W marcu zapytał o szczegóły umowy stołeczny ratusz. Urzędnicy odpisali radnemu m.in., że przecież decyzję podejmował osobiście, jako reprezentant SLD w zarządzie Śródmieścia. – Tak wyszło, człowiek podejmuje tyle decyzji, że o niektórych można zapomnieć – tłumaczy Rzońca.
Jednak jak mówi, sama odpowiedź na interpelację, w której pytał m.in. o samego siebie, pozwoliła mu odtworzyć „klimat posiedzeń zarządu dzielnicy”. – Wtedy też byłem zdziwiony. Zapytałem nawet: „Wojtek, czy mamy prawo przyznać lokal Związkowi?”. Padła zdecydowana krótka odpowiedź. Nie miałem powodów, by protestować, obowiązywała koalicyjna lojalność, więc poparłem burmistrza.
W ocenie Rzońcy SLD poprze wniosek działaczy partii Kaczyńskiego. Ale jak tłumaczy, powód wotum nieufności będzie w przypadku radych tej partii inny. Ludziom Sojuszu nie tyle chodzi o wynajęcie lokalu w Al. Jerozolimskich, ale wyrażenie „opinii o całokształcie działalności burmistrza Bartelskiego w tej kadencji”. – Uważam natomiast, że próba rozliczania Bartelskiego za samo przyznanie lokalu to temat wyssany z palca – komentuje Jerzy Budzyn, radny i wiceszef warszawskiego SLD. – Związek Szachowy to cisza, spokój, zamyślenie. Czy może być lepszy najemca?
W PiS i SLD nie spodziewają się zbyt wiele. Nasi rozmówcy przyznają, że będzie to „głosowanie symboliczne”, bo większość w radzie ma Platforma Obywatelska.
– Sprawy nie komentujemy – mówi Urszula Majewska, rzeczniczka burmistrza Bartelskiego. – W ciągu siedmiu dni zostanie zwołana sesja.
Przeczytaj także: Wystarczyło kilka dni PiS w TVP: radny dostał posadę.
Iwona Szpala
24.05.2011 aktualizacja: 2011-05-23 21:07
Nowy mentor polskich szachów w fotografii Marka Skrzypczaka
Nie jest żadną tajemnicą, że zawodowi szachiści trenują ok. 10 godzin dziennie. Tak też pracuje obecnie najsilniejszy zawodnik Polski Radosław Wojtaszek.
Ale na pewno nie poświęca tyle czasu na własne szkolenie aktualny mistrz kraju. Mateusz Bartel jest redaktorem naczelnym pisma Polskiego Związku Szachowego „MAT“. Takie zajęcie jest oczywiście bardzo pracochłonne. Dodatkowo arcymistrz zajął się prowadzeniem własnego bloga.
Na pewno ucierpi na tym gra. Przypominam, że Mateusz Bartel nie miał ostatnio rewelacyjnych wyników. Uzyskał wprawdzie pozytywny rezultat na olimpiadzie, ale miał słaby dystans. Natomiast jedyna partia z silniejszym rankingowo przeciwnikiem zakończyła się porażką. Potem przyszła katastrofa na mistrzostwach Europy i słaby występ w lidze niemieckiej. Po zdobyciu mistrza kraju arcymistrz nie grał w żadnym międzynarodowym turnieju. A powinien!
Chyba, że Mateusz Bartel postanowił poświęcić się wyłącznie pracy publicystycznej i w piśmie „MAT” bronić interesów Polskiego Związku Szachowego na zasadzie „Wszystko jest super“! Ostatnio Mateusz Bartel postanowił rozprawić się z opozycją, czyli ludźmi mającymi inny punkt spojrzenia od oficjalnej linii Polskiego Związku Szachowego.
Cały tekst znajdziecie Państwo na blogu Mateusza Bartla
Załączam dwa komentarze jako reakcja na wypowiedź mistrza Polski:
Gratuluję znakomitego rozeznania w środowisku szachowym. Jeśli dobrze zrozumiałem, to ludzi mających cokolwiek wspólnego z szachami podzieliłeś na: Tomasza Sielickiego, osoby go wspierające i pozostałych (szkodliwych – Twoim zdaniem). Ja bym się tak nie odważył. Hasło – kto nie jest z nami, jest przeciw nam – już wielokrotnie słyszałem. Nigdy nie powodowało pozytywnych skutków. Patentu na mądrość nie ma nikt – nawet ekipa Tomasza Sielickiego, ale jeszcze trochę „pochodzisz” po tym łez padole i sam się o tym przekonasz. W takiej organizacji jak PZSzach, każdy chce coś ugrać dla siebie a większość interesów jest przeciwstawna. Jeśli arcymistrzowie mają lepiej – gorzej muszą mieć pozostali i to wyzwala frustracje, bo „woreczek z kasą” jest bardzo malutki. Za chwilę ktoś Ci zarzuci, że chwalisz (każdy by chwalił), gdyż czerpiesz. A co będzie, gdy braknie prezesa? Pomyśl …
Szacharnia Krzysztof Długosz
Witam wszystkich
Zachowałbym umiar w gloryfikowaniu PZSzach-u. A krytyka nie powinna być odbierana jako marudzenie, czy chęć podkładania nogi naszym szachistom. Skoro krytyka pojawia się, widocznie są powody do tego. Co do trzeciego punktu ” Trener malkontent”, zauważam tu jednoznaczne odniesienie do konkretnej osoby, której osiągnięcia bezpodstawnie neguje się w środowisku szachowym od wielu lat. Zarówno osiągnięcia, całą pracę, jak i od dawna proponowane koncepcje zmian w polskich szachach. Taka negatywna postawa w stosunku do tej osoby jest dla mnie kompletnie niezrozumiała, dziwna i przykra.
Krzysztof Kledzik
Wspomniany w poprzedniej części artykuł „Quo vadis polskie szachy?” spowodował w sierpniu 2003 roku na Forum Polskiego Związku Szachowego polemikę p.t. „Akademia Szachowa unowocześniać czy nie?”. Wziąłem w niej udział, gdyż chciałem zademonstrować korzyści mojej propozycji. Gospodarzem Forum był ówczesny prezes PZSzach Przemysław Gdański. Dyskusją sterował arcymistrz Bartłomiej Macieja, syn wiceprezesa PZSzach Jana. Niestety większość forumowiczów została fałszywie ukierunkowana przez Bartłomieja Macieję i zamiast na problemie unowocześnienia Akademii, skoncentrowała się w głównej mierze na atakach personalnych. Arcymistrz dyrygował destrukcyjną dyskusją, próbując wszystkich przekonać o szkodliwości treningu za pomocą komputera, poczty elektronicznej i Internetu i o mojej negatywnej roli w rozwoju polskich szachów!
Jednocześnie próbował zdyskredytować moją wiedzę szachową i osiągnięcia. Była to retoryka znana mi z czasów PRL, kiedy to podobnie traktowano reformatorów i ludzi logicznie myślących, czyli o innych poglądach! W pewnym momencie opuściłem Forum, ponieważ uznałem, iż dalsza „dysputa” nie ma sensu.
Byłem całym tym wydarzeniem zaszokowany. Nie przypuszczałem, że prezes Polskiego Związku Szachowego Przemysław Gdański dopuści do takiej komedii i kompromitacji polskich szachów. To wydarzenie było przecież obserwowane przez wiele osób z kilku krajów, m.in. Australii, USA, Kanady, Holandii, Francji i Niemiec.
Zapytałem się kolegów: „Co ja takiego nieodpowiedniego zrobiłem. Zaproponowałem nowoczesne rozwiązanie szkoleniowe. Pomagam bezinteresownie młodym szachistom w tym Wojtaszkowi, sponsoruję literaturę szachową, piszę artykuły i książki szkoleniowe dla polskiej młodzieży i tutaj taka reakcja”!
Odpowiedź była dla mnie kolejnym szokiem: „Bo ty chyba jesteś jedynym człowiekiem w Polsce, któremu śnią się wielkie szachy. Tego nikt nie chce. Wyobraź sobie, że mamy zawodnika klasy Leko. To byłby tylko wielki problem dla działaczy, bo musieliby szukać sponsorów. A oni lubią działać bez większych stresów. To byłaby też duża konkurencja dla naszej czołówki. Byliby zmuszeni do intensywnego treningu, a oni uwielbiają spokojne życie. Nie chcą tego też trenerzy, bo po co się wysilać. A tak są wszyscy zadowoleni. Mamy przeciętnych seniorów, lepsze kobiety i świetną młodzież. Juniorki i juniorzy zdobywają medale i tworzą pozytywny wizerunek polskich szachów. A to, że potem giną w tłumie nikogo to nie martwi. Mamy dużo utalentowanej młodzieży. I tak od lat karuzela się kręci”!
Opisałem Państwu moje przeżycia i walkę z ludźmi, którzy przyzwyczaili się do pewnych stereotypów i którym nie w głowie były jakieś zmiany w celu poprawienia metod szkolenia. Tomasz Sielicki chce teraz unowocześnić Akademię Młodzieżową. Lepiej późno niż wcale! Może się to prezesowi uda. Zwracam tylko uwagę na fakt, że trenerem koordynatorem Akademii jest nadal Marek Matlak, który pierwszy postawił szlaban przed moją koncepcją! Tak więc Tomasz Sielicki miałby dwa ważne zadania do wykonania: najpierw zreformować supertrenera i potem system szkolenia.
Życzę powodzenia!
Bartłomiej Macieja w obiektywie Marka Skrzpczaka
Dzisiaj zakończył się w Lublinie III Europejski Festiwal Szachowy. Niestety nasi najlepsi arcymistrzowie zdecydowanie zawiedli.
Zwycięzca turnieju Aleksiej Szirow w obiektywie Marka Skrzypczaka
Strona turnieju
Ostateczne wyniki
Polskie występy
Aleksiej Szirow w Wikipedii
Oficjalna ocena PZSzach
ChessBase News wersja niemiecka
Turniej w YouTube
Zaraz po powrocie z Zakopanego rozpocząłem konsultacje z Radosławem Wojtaszkiem, które trwały od października 1999 roku do 14 sierpnia 2003 roku. Od 2000 roku dodatkowo zacząłem pomagać utalentowanemu juniorowi z Koszalina Maciejowi Brzeskiemu. Później lista chętnych do korzystania z takiej formy konsultacji wzrosła do kilkunastu osób. Robiłem to bezinteresownie, bez pobierania honorarium.
Niestety osoby odpowiedzialne za działalność Akademii Młodzieżowej nie wykazały żadnego zainteresowania moją pracą. Wręcz przeciwnie, utrudniano jej prawidłowy przebieg. Marek Matlak zaprosił mnie dwa razy na sesje, ale bez udziału Wojtaszka. Nie pomogły żadne uzasadnienia, że ta koncepcja wymaga także spotkań osobistych. Jego następca Ryszard Bernard tak postępował, aby spowodować konflikt między nami. W rezultacie zrezygnowałem z dalszej współpracy z Akademią, ale dalej pomagałem Wojtaszkowi, Brzeskiemu i innym.
Dla mnie było rzeczą niezrozumiałą, że osoby odpowiedzialne za szkolenie młodzieży w kraju nie próbowały nawiązać dyskusji ze mną na temat treningów wirtualnych. Jedynie popierał mnie ówczesny kierownik wyszkolenia PZSzach Zbigniew Czajka. Było to dla mnie dużym zaskoczeniem, ponieważ w latach 1978-1981, gdy byłem trenerem kadry, mój szef często blokował moje koncepcje. Ale co z tego. Zbigniew Czajka nie miał żadnego wpływu na działalność Akademii. Tutaj pierwsze skrzypce grali Marek Matlak i Ryszard Bernard.
W tej sytuacji doszedłem do wniosku, że jedyną szansą jakiegoś dialogu w tej sprawie będzie interwencja u prezesa PZSzach Przemysława Gdańskiego. 24 marca 2003 roku zdawałem egzamin w Centralnym Ośrodku Sportu na trenera I klasy. Przyjechałem więc do Warszawy już 21 marca, aby wcześniej zamówić spotkanie z prezesem. Zamieszkałem w hotelu w centrum stolicy, co tanie nie było. Ale to nie miało większego znaczenia. Moim celem było zreferowanie Przemysławowi Gdańskiemu sytuacji w polskich szachach młodzieżowych. Spotkałem go 23 marca na turnieju „O komórkę Plus GSM”. Prezes nie miał zbyt dużo czasu na rozmowę, więc zaproponowałem inny termin. Uzgodniliśmy, że zostawię w biurze PZszach dokładne informacje, gdzie można mnie znaleźć. Zresztą byłem też tam dwa razy osobiście w ciągu następnych dni i dwa razy dzwoniłem z hotelu. Dopiero w sobotę miałem autobus do Dortmundu. A więc czasu było wystarczająco dużo. Niestety Przemysław Gdański nie zdołał wygospodarować nawet godzinki na robocze spotkanie ze mną.
Postanowiłem więc w inny sposób zwrócić uwagę na problemy szkoleniowe w polskich szachach. W numerze sierpniowym Magazynu Szachista 2003 roku ukazał się mój artykuł pt. „Quo vadis polskie szachy?”. Wywołał on burzę w środowisku szachowym. Otrzymałem wiele pochwał za odwagę poruszonych w nim problemów. Ale też były głosy krytyczne. W najbliższym czasie dokładnie opiszę te wydarzenia na mojej stronie. Obecnie zbieram materiały dowodowe.
cdn.
Aleksander Sułypa w czasie zajęć
Witryna Krzysztofa Długosza „Szacharnia” zamieściła informację, że trener Aleksander Sułypa – pracujący od pewnego czasu dla Polskiego Związku Szachowego – spakował walizki i wrócił do swego kraju. Objął on funkcję głównego trenera kadry narodowej Ukrainy.
Podobno ukraiński arcymistrz trenował też osobiście Jolantę Zawadzką i Dariusza Świercza, ale oboje ostatnio nie odnosili większych sukcesów w turniejach międzynarodowych. Może wreszcie Dariusz przestanie ćwiczyć „oburęczność” i zacznie grać to, co najlepiej potrafi. Wyjdzie mu to na pewno na dobre. Jestem o tym przekonany!
A swoją drogą już dawno pisałem, że niedorzecznością jest zatrudnianie obcokrajowców do trenowania naszych najlepszych zawodniczek i zawodników. Ale polecałem zapraszanie zagranicznych szkoleniowców do wykładów dla naszych trenerów. W końcu powinno się stworzyć silną kadrę krajowych szkoleniowców!
W 1999 roku ówczesny prezes Polskiego Związku Szachowego Jacek Żemantowski zaproponował mnie współpracę z Młodzieżową Akademią Szachową. W ten sposób wziąłem udział w sesji w Zakopanem. Tam miałem po raz pierwszy od wielu lat możliwość zapoznania się z systemem szkolenia w Polsce. W rozmowach indywidualnych część młodzieży narzekała, że jednorazowe uczestnictwo w zajęciach Akademii jest niewystarczające, aby pogłębić swoją wiedzę szachową. Szczególnie w niekorzystnej sytuacji znajdują się osoby mieszkające w miejscowościach, gdzie nie ma trenerów i żadnych zajęć szkoleniowych. Kluby są natomiast za biedne, aby zaangażować szkoleniowców. Samych zainteresowanych często nie stać było na dłuższe treningi prywatne,
Na kilka dni do Zakopanego przyjechał prezes. Przedstawiłem mu pewne pomysły związane ze szkoleniem polskiej młodzieży w ramach Akademii. Między innymi byłyby to konsultacje poprzez pocztę elektroniczną z jej słuchaczami, aby łączność pomiędzy trenerem i zawodnikiem była systematyczna, a nie ograniczała się tylko do spotkań na sesjach stacjonarnych. Szczególnie takie kontakty byłyby bardzo pożyteczne dla zawodników z małych ośrodków szachowych i nie mających możliwości częstych spotkań z trenerem. W tym celu można by zaangażować 2-3 szkoleniowców na zasadzie prac zleconych. Ich zadaniem byłoby rozwiązywanie wszelkich problemów szkoleniowych. Technicznie odbywałoby się to poprzez pocztą elektroniczną za pomocą programu Chess Base, który jest idealny do tych celów. Czyli byłaby to realizacja mojego starego pomysłu z punktami szkoleniowymi na wzór „Częstochowy”. Tym razem z wykorzystaniem najnowszej techniki i tym samym tańszym kosztem.
Jackowi Żemantowskiemu spodobała się ta idea, ale poinformował mnie, że nie będzie się ubiegać w następnych wyborach o urząd prezesa, więc mam przedstawić ten projekt jego następcy. Nie czekając na dalsze wydarzenia personalne we władzach PZSzach, zaproponowałem trening wirtualny juniorowi z Kwidzyna Radosławowi Wojtaszkowi. Szczegóły tej współpracy znajdziecie Państwo na mojej witrynie.
cdn.
W pierwszej części z 16 maja przytoczyłem fragment wypowiedzi prezesa Tomasza Sielickiego opublikowanej w resortowym piśmie „MAT” o projekcie unowocześnienia Młodzieżowej Akademii Szachowej. Po moim tekście otrzymałem sporo listów elektronicznych w tej sprawie. Okazuje się, że pewne osoby pogubiły się w natłoku informacji na mojej stronie. Dlatego przypomnę w ogólnych zarysach moją koncepcję i jej zalety. Uważam, że powinien też przeczytać to prezes Sielicki. Jeśli chce zreformować Akademię, to powinien poznać też historię szkolenia polskiej młodzieży.
Nie ma chyba żadnych wątpliwości, że rozwój sportowy szachisty dokonuje się pod wpływem systematycznej pracy szkoleniowej. Ale bez pomocy trenera nie ma mowy o szybkich postępach zawodnika. Doświadczony szkoleniowiec potrafi zorganizować optymalny trening, przygotować właściwe materiały szkoleniowe, rozwiązać wszelkie problemy dotyczące gry zawodnika i zmobilizować go do metodycznych zajęć. Ważne jest też to, żeby trener potrafił przygotować swych podopiecznych do pracy samoszkoleniowej. Przecież zawodnik nie będzie ciągle prowadzony za rączkę. Od pewnego momentu będzie musiał podjąć decyzję usamodzielnienia się i potem polegać w głównej mierze na własnych umiejętnościach.
W tym celu trzeba jednak stworzyć młodzieży odpowiednie warunki treningowe. Z inicjatywy ówczesnego prezesa Okręgowego Związku Szachowego w Częstochowie i znakomitego problemisty Eugeniusza Iwanowa powstał w połowie 1977 roku szachowy ośrodek metodyczno-szkoleniowy w tym mieście. Mnie zaproponowano stanowisko trenera. Moimi podopiecznymi zostali młodzi i utalentowani zawodnicy, przyszli reprezentanci kraju i olimpijczycy.
Byłem praktycznie trenerem-konsultantem. Przyjeżdżałem do Częstochowy na weekendy i rozwiązywałem wszystkie problemy, które nurtowały moich podopiecznych. Dostarczałem też materiały szkoleniowe, pomagałem im w przygotowaniu repertuaru debiutowego itd. Wszyscy reprezentowali barwy klubu „Skra-Komobex” Częstochowa. Był to wzorcowy ośrodek w Polsce w zakresie szkolenia młodych szachistów!
Młodzież w szybkim tempie czyniła wyraźnie postępy. W konkurencji indywidualnej byli najlepsi w kraju. Liderem był Roman Tomaszewski, który wygrał w Jeleniej Górze w 1978 roku silny międzynarodowy turniej młodzieżowy. Reprezentował dwukrotnie nasz kraj w mistrzostwach świata juniorów (1978 – Graz i 1979 – Skien).
W 1979 roku w rozgrywkach II ligi ta młoda drużyna (średnia wieku 19.5) zajęła w swej grupie pierwsze miejsce i awansowała do I ligi seniorów. Był to pierwszy przypadek w historii polskich szachów, że w grupie najlepszych ekip znalazła się drużyna juniorów. W drużynowych mistrzostwach Polski w Jaszowcu w 1980 roku ten młody zespół zajął 5 miejsce. Te sukcesy to był wyraźny dowód na to, że stworzenie odpowiednich warunków młodzieży do systematycznej pracy daje dobre efekty.
W 1978 roku zostałem trenerem kadry Polskiego Związku Szachowego. Z miejsca zaproponowałem ówczesnemu prezesowi Czesławowi Wiśniewskiemu stworzenie podobnych punktów szkoleniowych na terenie całego kraju. Prezes zaakceptował moją koncepcję, ale szczegóły miałem uzgodnić z nowym kierownikiem wyszkolenia Zbigniewem Czajką, który objął to stanowisko pod koniec 1978 roku. Zbigniew Czajka odrzucił jednak moją ideę z argumentacją: „Mamy w tej chwili inne problemy do rozwiązania”. Ostatecznie moja koncepcja nigdy nie została wprowadzona w życie przez Polski Związek Szachowy. Po moim wyjeździe z kraju upadł też punkt szkoleniowy w Częstochowie, ponieważ nie znaleziono następcy na moje miejsce.
cdn.